(…) Wśród miasteczek położonych na linii otwockiej szczególnie wyróżniała się Falenica. W zamierzeniu miała być miłym letniskiem, ale w rzeczywistości była to brudna, zabłocona mieścina, coś jak Kapcańsk z powieści Mendełe Mojcher Sforima. Przyjeżdżali tam wyłącznie pobożni Żydzi. W Falenicy dziewczęta nie wdawały się we flirty, jak to się często zdarzało w innych miejscowościach letniskowych. Tutaj kobiety nosiły ciasne peruki i czepce, mężczyźni zaś zajmowali się modlitwą i studiowaniem Tory.

Często można było zobaczyć taki obrazek: pod sosną Żyd odziany w samą tylko koszulę, spod której wystaje tałes kotn, z jarmułką na głowie, głośno powtarza fragmenty Gemary, a wokół niego bawią się gromadki chłopców z długimi pejsami. W Falenicy mieszkali rabini, a nawet cadykowie i było tam wiele chasydzkich domów modlitwy. Gojów prawie się tam nie spotykało. W ogóle nie-Żyd był rzadkością w tamtych miasteczkach.

Oprócz tego, że na otwockiej linii przybywało się na wadze, kojarzono tam pary i flirtowano co niemiara. Dorastające dziewczęta dobrze wiedziały, że nie ma lepszego miejsca do spotkania wielkiej miłości niż okolice kolei żelaznej. Młode panny ubierały się w kolorowe sukienki, a trafiały się i takie, które niczym mężczyźni paliły papierosa za papierosem lub ekstrawagancko nosiły kościane laseczki. Przyjeżdżający tam młodzieńcy mieli cięte języki i byli niezwykle biegli w sztuce prowadzenia konwersacji o sprawach sercowych.

Jednym ze znaków świadczących, że między parą zaczyna się flirt, były specyficzne gesty: ona wyjmowała mu z ręki laseczkę, a on dla żartu owijał się jej szalem. Mówiło się wtedy, że rzeczy mają się między nimi „na poważnie", Kiedy przyjaźń posuwała się jeszcze dalej, dziewczyna w czasie któregoś ze spacerów zrywała kwiatek i obrywając płatki szeptała: kocha, nie kocha... Jeśli nie, nic złego się nie działo. Młodzieniec mógł zawsze powiedzieć, że płatek nic nie wie, i przekonać żarliwe o szczerości swych uczuć.

Podobnie jak tutaj w Ameryce, w tamtejszych pensjonatach bywali młodzieńcy lubiący bawić się i dowcipkować. Żartami sypali jak z rękawa, a audytorium śmiało się głośno i beztrosko, jak potrafią się śmiać tylko młode dziewczęta. Śmiech był dobry na wszystko - na zdrowie, na zdobycie sympatii chłopca, na urodę.

Młodzieńcy o dobrze postawionym głosie popisywali się śpiewem. Największe szanse miał jednak zawsze student medycyny, przyszły lekarz. Rzadko kiedy mówił o posagu. Liczyła się czysta miłość, nic więcej... Pieniędzy potrzebował tylko na urządzenie gabinetu... Taki młodzian przyjeżdżał do pensjonatu, w którym zatrzymywały się zamożne panny. Chociaż jeszcze nie był lekarzem, to kelnerzy tytułowali go już „panie doktorze".

Kiedy młoda córka z bogatego domu zapragnęła nawiązać znajomość z młodym panem doktorem, zwracała się do niego: „Tak mi gorąco. Boję się, że mam gorączkę."

Na to przyszły pan doktor ujmował przegub jej ślicznej dłoni, drugą ręką dobywał z kieszonki zegarek i sprawdzał puls. Nie, nie ma gorączki, jest absolutnie pewien... Mimo to chciałby na wszelki wypadek zobaczyć jeszcze język...

Uśmiechając się pokazywała język. Był różowy. Dalsze badanie dowodziło, że żołądek panny podobnie jak puls nie wykazuje żadnych anomalii. Gdzie więc kryło się źródło choroby? Na co cierpiała?

Posag był już zawczasu przygotowany. Do pełni szczęścia brakowało jej młodego doktora, który za pieniądze rodziców zatroskanych o los jedynaczki otworzyłby na głównej ulicy gabinet.

Tak oto bawiono się i budowano przyszłość w Otwocku, Falenicy, Świdrze, Józefowie, Michalinie, Miedzeszynie. Trudno sobie wyobrazić, że nie ma tam już Żydów. Pozostał tylko piasek, na którym budowaliśmy…

 

Źródło

  • Singer I.B. Felietony, eseje, wywiady, Warszawa 1993. 

 

Print