Drukuj | A A A | Zgłoś problem | 86 375 177 zn. | 84225 zdjęcia | 781 wideo | 116 audio | 1922 miejscowości

Aktualności

2017-04-14

Zamenhof: Prosi Pan, bym zechciał napisać dokładnie o swoim życiu

Zamenhof napisał niezliczoną ilość listów, do dziś odnaleziono ich ponad tysiąc. Wśród nich trzy bardzo ważne listy, co do których był przeświadczony (zresztą pro­sił o to), że zachowają się dla potomności. Pierwszym był list napisany po esperancku do Alfreda Michauxa z 21 lutego 1905 roku. Oto jego tekst w tłumaczeniu prof. Waltera Żelaznego

Szanowny Panie,

prosi Pan, bym zechciał napisać dokładnie o swoim życiu. Na ile będę mógł, chętnie to uczy­nię, lecz niestety będę mógł niewiele. Oto przyczyny: może dla przyszłych pokoleń moja biografia nie będzie bezużyteczna, gdyż w istocie całe moje życie, od najwcześniejszego dzie­ciństwa do dziś prezentuje stałą i nieprzerwaną, serię wielu walk: a) wewnętrznej, rozgrywa­jącej się we mnie, w której ciągle zmagały się wzajemnie różne poglądy i cele, wszystkie tak samo ważne, a których zharmonizowanie wymagało często wyjątkowych wysiłków, co za­wsze mnie wyczerpywało; b) zewnętrznej, gdzie często musiałem walczyć przeciwko najróż­niejszym utrudnieniom, gdyż nigdy moje poglądy nie były w modzie, i z tego powodu byłem często przedmiotem ataków i drwin. Oprócz tego przez długie lata miałem duże i bardzo wy­czerpujące kłopoty ze zdobywaniem środków na chleb i te wysiłki były kulą u nogi w moim życiu. W ostatnich latach doszedłem do tego, że chleba mi nie brak, lecz niestety ta długa walka tak mnie wyczerpała, że nie mając jeszcze 46 lat czuję się jak sześćdziesięciolatek. O mojej wewnętrznej walce chciałbym i mógłbym opowiedzieć wiele. Ale jeśli – jak to już powiedziałem – może dla przyszłych pokoleń moja opowieść miałaby jakiś sens – to dla obec­nego pokolenia taka opowieść będzie zupełnie nieprzydatna. Bo zaraz na początku musiałbym powiedzieć, że jestem Żydem, i że wszystkie moje idee, ich narodziny, ich dojrzewanie i mój upór, słowem cała historia moich wewnętrznych i zewnętrznych zmagań była nierozłączna od mojej hebrajskości. Nigdy tego nie ukrywałem i wszyscy esperantyści o tym wiedzą; z dumą bowiem zaliczam się do tego starożytnego i tak wiele cierpiącego i borykającego się ludu, którego cała historyczna misja polega, moim zdaniem, na zjednoczeniu narodów w dążności do „jednego Boga”, to znaczy do wspólnych idei całej ludzkości; ale w obecnych czasach narodowych szowinizmów i wzrastającego antysemityzmu robić z mojej hebrajskości temat publicznych debat byłoby niekorzystne i ze stratą dla naszej sprawy, A rozprawiać szczegółowo o moim życiu i moich ideach bez ciągłego nawiązywania do mojej hebrajskości byłoby niemożliwe. Jeśli nie byłbym Żydem z getta, idea o zjednoczeniu całej ludzkości albo w ogóle nie przyszłaby mi do głowy, albo nigdy nie towarzyszyłaby mi tak uparcie przez całe moje życie. Nikt nie może tak mocno czuć nieszczęść ludzkich podziałów, jak Żyd z getta. Nikt nie może również czuć tak silnie potrzeby nie narodowego, ale neutralnie ludzkiego języka, jak Żyd, który musi modlić się do Boga w długo już wymarłym języku, otrzymywać wychowanie i na­uki w języku narodu, który go wypędza, mieć rozsianych po całym świecie cierpiących pobra­tymców, z którymi nie może się porozumieć. Nie mam ani czasu, ani cierpliwości, by wyjaśnić Panu sytuację rosyjskich Żydów i wpływ tej sytuacji na moją walkę i życiowe cele. Powiem po prostu, że od wczesnej młodości moja hebrajskość jest głównym powodem oddania moich sił jednemu celowi i marzeniu – marzeniu o zjednoczeniu ludzkości.

Ilustracja

Dom przy ul. Zielonej w Białymstoku, w którym urodził się Ludwik Zamenhof, Muzeum Historyczne w Białymstoku   

Ta idea jest esencją mojego życia, a sprawa esperanta jest tylko jej częścią – o reszcie nie przestaję myśleć i marzyć; wcześniej czy później (może już wkrótce), kiedy esperanto nie bę­dzie już mnie potrzebować, wystąpię z pewnym planem, do którego długo się przygotowywa­łem, i o którym innym razem może do Pana napiszę. Ten plan (nazywam go Hilelizmem) ma na celu stworzyć moralny most, dzięki któremu będą mogły się zjednoczyć wszystkie narody i religie, bez potrzeby kreowania nowej dogmatyki i bez potrzeby odrzucenia dotychczaso­wych wierzeń. Mój zamiar to stworzenie takich religijnych więzi, które wzięłyby na siebie w pokojowy sposób stłumienie wszystkich religijnych namiętności, na tej samej zasadzie, na jakiej władze koncentrują wokół siebie wszystkie oddzielne domostwa i rodziny nie zmuszając ich do rezygnacji z własnych tradycji i zwyczajów.

Jeśli moja hebrajskość zrodziła, wzmacniała i utwierdzała mnie w celach jednoczenia ludz­kości, to ta sama hebrajskość też stworzyła przede mną różne trudności, wzmagała najróżniej­sze wewnętrzne niepokoje, które bardzo często dręczyły mnie i wyczerpywały (na przykład w ostatnich pięciu latach, podczas których poprawiałem i zmieniałem plany dot. Hilelizmu, który do dziś nie nabrał jeszcze ostatecznej wersji).

Jeśli nie byłbym Żydem, wówczas mógłbym oddać się absolutnie i w całości moim marze­niom, ale należę do narodu, który wiele wycierpiał i częściowo cierpi dalej (szczególnie w Ro­sji, gdzie ciągłe jęki mojego, okrutnie uciskanego i poniżanego narodu niepokoją mnie). Dlate­go często nie dawała mi spokoju myśl, że nie mam moralnego prawa pracować dla neutralnych ideałów całej ludzkości, gdy mój naród tak cierpi i ma tak niewielu obrońców. Oprócz tego za­wsze powtarzałem sobie: „Kiedy Żyd pracuje dla zjednoczenia ludzkości, to zewsząd będą go wyśmiewać i atakować, i powiedzą, że robi to on tylko z egoizmu, by odebrać szczęśliwszym narodom te przywileje, które mają one względem nieszczęśliwych i prześladowanych Żydów. Zmień więc ich sytuację – mówiłem sobie – daj im jakiś skrawek ziemi, język i splendor, tylko wtedy będziesz miał prawo mówić o jednoczeniu narodów, tak jak o społecznych reformach może mówić tylko bogacz, który daje, a nie biedak, który żąda”. Zawsze, gdy nachodziły mnie te myśli, budziła się we mnie ambicja pomocy dla moich prześladowanych braci (z miłości dla samej idei) i tak stawałem się patriotą. Przez długi okres mej młodości byłem zaangażowanym syjonistą (wówczas syjonizm nie był jeszcze w modzie, a ja byłem jednym z jego pionierów, a gdy mówiłem o rekonstrukcji palestyńskiej ojczyzny, moi ziomkowie szydzili ze mnie). Po­święcałem się tej idei, organizowałem jedne z pierwszych grup syjonistów. Po 3-4 latach ener­gicznej pracy nad syjonizmem, doszedłem do przekonania, że ta idea prowadzi donikąd, i tak rozstałem się z nią, choć w sercu zawsze pozostała mi droga, jako niespełnialne, ale czarujące marzenie; a gdy w 1897 roku narodził się wielki ruch syjonistyczny Herzla, nie chciałem już do niego przystąpić. Ale nawet wówczas, gdy byłem zaangażowanym syjonistą, nie zapomniałem o pracy dla głównej idei (więc zjednoczenia ludzkości). Miałem nadzieję, że kiedyś, gdy mój lud osiągnie swoją starożytną ojczyznę i zarazem szczęście, wypełni on tę swoją historyczną misję, o której marzyli Mojżesz i Chrystus, i chcąc nie chcąc stworzy ideowy, neutralnie ludzki naród i kraj z neutralnie ludzką, filozoficznie czystą religią, i spełnią się słowa Biblii, że wszystkie narody ruszą do Jerozolimy, by wielbić jedynego „Boga", a Jerozolima stanie się centrum, które bratersko połączy całą ludzkość...

Ponieważ duża część naszego ludu (szczególnie w Rosji) nie posługuje się lokalnymi języ­kami, lecz mówi oddzielnym żydowsko-niemieckim żargonem (nazywanym jidysz), który do teraz nie posiada własnej gramatyki, dlatego wiele lat temu poświęciłem jidysz około dwóch lat studiów, przeanalizowałem jego reguły i wypracowałem jego gramatykę, której nigdy nie opublikowałem. Później zaniechałem tej pracy, gdyż doszedłem do przekonania, że obudzenie niby narodowego patriotyzmu u Żydów może być nieprzydatne dla nich samych i dla idei po­łączenia ludzkości.

Ilustracja

Alfred Michaux i Ludwik Zamenhof, 1905, domena publiczna   

Był czas, gdy uważałem, że wszyscy mieszkańcy danego kraju powinni mieć jedną religię i mówić jednym językiem. Nawet chciałem rozpocząć propagowanie tej myśli, ale wkrótce ją odrzuciłem, uważając ją za nieużyteczną.

Nie mogę opowiedzieć w szczegółach o moich ideach i celach, przede wszystkim dlate­go, że pochłonęłoby to zbyt wiele czasu, a ponadto byłby to dla Pana bezużyteczny materiał dla Pańskich publicznych wystąpień. Opowiedziałem Panu bardzo osobiście, tak, by miał Pan przybliżone wyobrażenie o moim życiu, ale nie należy go roztrząsać publicznie. Chciałem je­dynie powiedzieć, że choć od mojego wczesnego dzieciństwa najważniejszą sprawą był „czło­wiek”, to jednak ze względu na nieszczęśliwy stan mojego ludu, często budził się we mnie „patriota”, który prowadził w sercu walkę z „człowiekiem”.

W ostatnich 10 latach zdołałem stopniowo godzić w sercu „człowieka” i „patriotę”, czego rezultatem był Hilelizm, o czym wyżej już Panu wspomniałem, a który przedstawię w for­mie publikacji za rok lub za dwa lata. Przypomnę, że już przed czterema laty opublikowałem przeznaczoną specjalnie dla rosyjskich Żydów pracę o Hilelizmie (pod pseudonimem „Homo sum”), ale o tej książeczce prawie nikt nie słyszał, gdyż nie rozesłałem jej do prasy; krążyła ona raczej bardziej jako „baliom d'essai” w kręgu żydowskich intelektualistów. Opinie, które docierały do mnie na jej temat, posłużą mi do definitywnego sprecyzowania moich myśli, które po kilku latach zechcę przedstawić inteligencji wszystkich narodów i religii.

Na tych kilku powyższych przykładach niech zechce Pan dostrzec, że historia moich idei nie może posłużyć Panu do wygłaszania publicznych przemówień. Dlatego już zamilczę na ich temat i dam Panu jeszcze kilka suchych dat z mojej bibliografii (daję je nie do upublicznienia, lecz prywatnie, i proszę wybrać tylko to, co wyda się Panu użyteczne).

Ilustracja

Karta pocztowa przedstawiająca widok ogólny Białegostoku z napisem w języku esperanto informującym, że Białystok to rodzinna miejscowość Ludwika Zamenhofa, Centralna Baza Judaików   

Urodziłem się w Białymstoku 15 grudnia 1859 roku. Mój ojciec (który jeszcze żyje) i dzia­dek byli nauczycielami języków. Język był zawsze najdroższym przedmiotem moich zaintere­sowań. Najbardziej kochałem język, w którym zostałem wyedukowany, mianowicie rosyjski. Uczyłem się go z największą przyjemnością. Marzyłem kiedyś zostać poetą języka rosyjskiego (w dzieciństwie pisałem po rosyjsku wierszyki, a mając 10 lat napisałem w nim pięcioaktową tragedię). Z przyjemnością uczyłem się jeszcze innych języków, lecz interesowały mnie one bardziej teoretycznie, niż praktycznie, a że nie miałem możliwości ich stosować, poznawałem je wzrokowo, lecz nie mówiłem nimi. Dlatego mogę powiedzieć, że bardzo dobrze mówię po rosyjsku, po polsku i po niemiecku. Swobodnie czytam po francusku, ale niestety nie mówię nim często i poprawnie. Oprócz tego w różnych okresach mojego życia uczyłem się jeszcze ośmiu innych języków, które znam tylko powierzchownie i teoretycznie.

W dzieciństwie kochałem rosyjski i rosyjską ziemię, wkrótce jednak przekonałem się, że moja miłość zostaje odpłacona nienawiścią, że włodarze tej ziemi nazywają siebie ludźmi, którzy widzą we mnie pozbawionego praw obcego (mimo że ja, moi dziadowie i pradziadowie urodzili się i pracowali w tym kraju). Wszyscy nienawidzą, znieważają i uciskają moich braci.

Wszystkie inne grupy narodowe, które zamieszkiwały moje miasto były względem siebie wrogo nastawione i prześladowały się wzajemnie… Wiele cierpiałem z tego powodu i zacząłem marzyć o takich czasach, kiedy zniknie nienawiść między narodami, kiedy zaistnieje język i kraj, który należy pełnoprawnie do wszystkich jego mieszkańców, w którym ludzie zrozumie­ją, że należy szanować się wzajemnie.

Ilustracja

Ludwik Zamenhof, ok. 1879, UEA Archives   

W 1869 r. rozpocząłem naukę w białostockim realnym gimnazjum, lecz po dwóch mie­siącach musiałem go opuścić ze względu na poważna chorobę (często w dzieciństwie choro­wałem). Powróciłem do niego w 1870 roku odnosząc sukcesy (pozwolę sobie powiedzieć, że przez dziewięć lat nauki w gimnazjum, zarówno w Białymstoku jak i Warszawie byłem zawsze najlepszy w klasie); nauczyciele uważali mnie za bardzo zdolnego ucznia, a moi ko­ledzy prorokowali (bez jakiejkolwiek zazdrości, lecz szczerze, bo wśród szkolnych kolegów nie miałem wrogów), że będę odnosił w życiu wielkie sukcesy. To jednak nigdy się nie ziściło i musiałem długo walczyć o to, by zapewnić mojej rodzinie środki do życia. W 1873 roku moi rodzice przeprowadzili się do Warszawy, gdzie mój ojciec otrzymał stanowisko nauczycie­la języka niemieckiego w realnym gimnazjum. Pozostawałem pięć miesięcy w domu ucząc się greki i łaciny, później poszedłem do drugiego filologicznego gimnazjum warszawskiego, które ukończyłem w 1879 roku. Wtedy wyjechałem do Moskwy i rozpocząłem studia me­dyczne na tamtejszym uniwersytecie. Moi moskiewscy koledzy reprezentowali wiele ras, a to jeszcze bardziej skłaniało mnie do idei połączenia ludzkości, Wkrótce moja rodzina popadła w finansowe tarapaty, nie mogła utrzymywać mnie w Moskwie, i tak w 1881 roku powróciłem do Warszawy, gdzie kontynuowałem studia na tamtejszym uniwersytecie, który ukończyłem z początkiem 1885 roku. Wyjechałem do litewskiej wsi Veisiejai [pol. Wiejsieje – miasteczko w litewskiej części Suwalszczyzny – przyp. red.], gdzie rozpocząłem lekarską praktykę. Odbywając czteromiesięczną praktykę zauważyłem, że nie jest mi dane być inter­nistą, ze względu na moją nadwrażliwość, szczególnie w przypadku cierpień umierających ludzi. Wróciłem do Warszawy i zdecydowałem się na specjalizację chorób oczu. Przez sześć miesięcy pracowałem jako okulista w jednym z warszawskich szpitali, później przez jakiś czas w Wiedniu i pod koniec 1886 roku powróciłem do Warszawy.

Wtedy poznałem moją przyszłą żonę, Klarę Silbernik z Kowna (gościła ona wówczas u swojej siostry zamieszkałej w Warszawie). 9 sierpnia 1887 roku ożeniłem się. Mojej narze­czonej opowiedziałem o moich ideach i o planach związanych z nimi na przyszłość. Zapyta­łem czy zechce ze mną dzielić swój los. Nie tylko zgodziła się, ale przekazała do mojej pełnej dyspozycji pieniądze, które posiadała, i to pozwoliło mi po długich i próżnych poszukiwaniach wydać samemu w lipcu 1887 roku moje pierwsze cztery broszury, podręczniki do esperanta, po rosyjsku, po polsku, po niemiecku i po francusku. Wkrótce po tym opublikowałem „Dua Lib­ro”, „Aldono”, „Nega Blovado" i „Gefratoj" (autorstwa Grabowskiego), tłumaczenie „Dua Libro" i „Aldono", słownik niemiecki, pełny słownik rosyjski, podręczniki dla Anglików i Szwe­dów, również „Princino Mary", „Adresaron" i pokryłem koszty wydania prac Einsteina i H. Phi­lipsa. Wydałem spore sumy na ogłoszenia w prasie i na rozesłanie znacznej ilości książek itp.

Wkrótce esperanto pochłonęło większość pieniędzy mojej żony, a reszta poszła na bieżące wydatki, gdyż dochody z mojej praktyki lekarskiej były mizerne. Pod koniec 1889 roku zosta­liśmy bez kopiejki!

Smutne było wtedy moje życie. Musiałem opuścić Warszawę i poszukiwać chleba gdzieś indziej. Moja żona udała się z dzieckiem do swojego ojca, a ja w listopadzie 1899 roku do miasta Chersoń (na południu Rosji), gdzie była tylko jedna okulistka, a gdzie miałem nadzieję znaleźć chleb dla mojej rodziny. Moje nadzieje w całości zawiodły, moje tamtejsze dochody nie tylko nie pozwoliły na utrzymanie mojej rodziny, ale nawet nie starczały dla mnie, mimo mojego skromnego i bardzo oszczędnego życia! Czasami po prostu nie miałem co jeść, często pozostając bez obiadu. Nie wiedzieli o tym ani moi krewni, ani moja żona, bo nie chciałem jej smucić, a w moich listach cały czas pocieszałem ją, że jest mi dobrze, że mam nie najgorsze perspektywy, i że wkrótce ją sprowadzę. W końcu nie mogłem już wytrzymać i napisałem jej całą prawdę. Byłem jeszcze zbyt dumny, by przyjmować od kogoś finansową pomoc. Jednak smutek i prośby mojej żony zmusiły mnie przyjąć finansową subwencję mojego teścia, który zarówno wtedy, jak i nigdy później nie odmawiał mi pomocy i wydał na mnie wiele pieniędzy. Wróciłem do Warszawy z nadzieją, że tym razem uda się.

Również tym razem nadzieje mnie zawiodły. Moje dochody nie rosły, a długi zwiększały się. Nie mając możliwości czekać na lepsze czasy, w październiku 1893 roku przeprowadziłem się wraz z rodziną do Grodna. Moje przychody były tam znacznie większe niż w Warszawie, a życie tańsze. Choć i w Grodnie nie wystarczało na wszystko i musiałem zwracać się o pomoc do mojego teścia, to jednak spokojnie przeżyłem tam cztery lata. Moje dzieci dorastały i wy­magały kosztowniejszej edukacji, a Grodno było tak biedne, że okulista nie mógł w nim nigdy powiększyć swoich dochodów. Dlatego na uparte życzenie mojego teścia, pod koniec 1897 roku zdecydowałem się raz jeszcze powrócić do Warszawy i podjąć po raz ostatni wyzwanie.

Ilustracja

Rodziny Zamenhofa i Michauxa na pierwszym kongresie Esperanto w 1905 roku, UEA Archives    

Stan mojej duszy był koszmarny. Czułem, że staję przed ostatnią próbą, i jeśli teraz nie podołam, będę stracony. W ciągu pierwszego roku wydawało mi się, że oszaleję z beznadziei. Lecz w końcu, dzięki ostatniemu wysiłkowi mojej energii, los zaczął się odmieniać. Wkrótce moja okulistyczna praktyka zaczęła przynosić pierwsze radości i w 1901 roku była na tyle dobra, że moje przychody w pełni pokrywały wydatki. Uratowałem się. Po wielu latach walk, wyrzeczeń i cierpień, w końcu doznałem spokojniejszego życia i mam wystarczającą ilość chleba dla rodziny (choć oczywiście dalej muszę żyć skromnie i liczyć się z każdą kopiejką). Mieszkam przy jednej z najbiedniejszych ulic Warszawy, moi pacjenci należą do biedaków i płacą niewiele. Muszę przyjmować po 30–40 dziennie, by mieć tyle ile inni za 5–10 pacjen­tów. Jestem jednak bardzo zadowolony, bo mam na chleb i nie potrzebuję już niczyjej pomocy. Mam trójkę dzieci: syna i dwie córki. Jestem bardzo zmęczony i również wyczerpany tym tak bardzo długim listem.

Żegnam! PS. Wyżej powiedziałem, że obszerne publiczne roztrząsanie dotyczące mojej narodowości uważam w obecnym czasie za nieużyteczne, gdyż muszę obecnie unikać wszystkiego, co niepotrzebnie dawałoby pretekst do bezużytecznych dysput. Wcale jednak nie mam zamiaru ukry­wać mojej narodowości. Jeśli więc będzie Pan mówił o niej, proszę powiedzieć, że uważam się za Żyda z Rosji.

 

Polskie tłumaczenie tekstu:

Żelazny W., Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło. Recepcja i reminiscencje. Wybór tekstów, Kraków 2011, ss. 15–19.

Oryginał w esperanto:

Mi estas homo. Originalaj verkoj de d-ro L. L. Zamenhof, red. A. Korĵenkov, Kaliningrad 2006, ss. 99–106.

Archiwum