Drukuj | A A A | Zgłoś problem | 86 271 765 zn. | 84236 zdjęcia | 781 wideo | 116 audio | 1921 miejscowości

Sprawiedliwi z Dębicy –​ Mikołajkowowie

ARTYKUŁ ZWERYFIKOWANY

3 czerwca 2006, podczas Dni Dębicy, skwer w tym mieście przy ulicy Rzeszowskiej został nazwany imieniem rodziny Mikołajkowów.

ZAPOMNIANI BOHATEROWIE

Małżeństwo Aleksander i Leokadia Mikołajków zamieszkali w Dębicy w 1930 roku. Posiedli na własność dom pod numerem 248 przy ulicy Kościuszki. Tutaj też przyszli na świat ich synowie: Leszek i Andrzej. Obydwoje związani byli ze służbą zdrowia. On jako lekarz Ubezpieczalni Społecznej, ona jako higienistka pracująca z dziećmi i młodzieżą. Oprócz pracy zawodowej aktywnie działali w Polskim Czerwonym Krzyżu. Tak było do wybuchu wojny. Właśnie ten okrutny wojenny czas przyniesie im wiekopomną sławę.

Po wkroczeniu niemieckich okupantów do Dębicy zaczęli oni prześladować zarówno Żydów, jak i polską inteligencję. Po utworzeniu getta w 1941 r. doktor Aleksander Mikołajków zatrudnił w charakterze gońca-pomocnika młodego chłopaka Efraima Reicha. W ten sposób mógł on, przynajmniej na pewien czas uniknąć przymusowego pobytu w dębickim getcie.

Kiedy w lipcu 1942 r. Niemcy rozpoczęli pierwszą likwidację getta, na prośbę młodego Efraima doktor wraz z żoną przyjęli całą jego rodzinę pod swój dach. Było to niezgodne z ówczesnym okupacyjnym prawem. Za ukrywanie Żydów na terenach Generalnego Gubernatorstwa groziła kara śmierci - zarówno dla ukrywanych, jak i ukrywających - oraz członków ich rodzin. Jeżeli dzisiaj zdarzają się za granicami naszego kraju osoby, które kontestują fakt, że 1/3 z wszystkich osób nagrodzonych medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata to Polacy i mówią, że powinno ich być dużo więcej, to za całą odpowiedź niech będzie przepis niemiecki, który w Polsce za ukrywanie Żydów groził śmiercią, zaś np. w okupowanej Francji grzywną pieniężną w wysokości jednodniowych poborów. Naprawdę trudno normalnemu człowiekowi jest przeliczyć ludzkie życie na stosunkowo niewielką sumę pieniędzy. Pamiętać też należy, że niemiecki okupant zachęcał Polaków do donoszenia na bliźnich oferując w zamian wysokie nagrody w postaci jednokilogramowego woreczka cukru czy butelki wódki za ludzkie życie. Niemniej jednak znajdowali się podli ludzie, którzy z chciwości, zazdrości, zawiści czy zwykłej podłości donosili na Żydów i Polaków do gestapo. Takich ludzi, zwanych „szmalcownikami” rozpracowywały później właściwe komórki Armii Krajowej, zaś sąd Polskiego Państwa Podziemnego wydawał na nich surowe wyroki, z karą śmierci włącznie.

Po pierwszej likwidacji Niemcy rozlepili na mieście plakaty z napisem „Każdy, kto nie wskaże ukrywającego się Żyda będzie rozstrzelany. Mimo chęci natychmiastowego powrotu do getta przez rodzinę Reichów, by nie narażać rodziny Mikołajkowów, doktor zatrzymał ich jeszcze na kilka dni mówiąc „zawsze będę narażać życie, by ratować porządnych niewinnych ludzi. Po kilku dniach, kiedy w getcie się uspokoiło, Reichowie wrócili na jego teren. W międzyczasie pani Leokadia pomagała żywnościowo mieszkańcom getta, chociaż chrześcijaninowi przyłapanemu w pobliżu ogrodzenia także groziła kara śmierci przez rozstrzelanie.

Sytuacja z ewakuacją żydowskiej rodziny powtórzyła się w listopadzie 1942 r., kiedy Niemcy zaczęli przygotowywać się do drugiej likwidacji getta. Znowu Reichowie znaleźli się na kilka dni w bezpiecznym azylu w domu doktorostwa. Po kilku jednak dniach ponownie powrócili do getta. Ten stan trwał jednak bardzo krótko.

Doktor Aleksander z racji swego zawodu i kontaktów międzyludzkich dowiedział się, że pod koniec roku znowu ma być przeprowadzona kolejna likwidacja. Tym razem dokonano definitywnej ewakuacji. W ciągu kilku dni przemycono na teren domu państwa Mikołajkowów 13 członków rodziny Reichów. Od tej pory, czyli od grudnia 1942 r. do końca sierpnia 1944 r. kolejno: strych, garaż, piwnica i ponownie strych będą ich mieszkaniem. Bez dostępu do światła, bieżącej wody, świeżego powietrza, siedząc w ciemnościach i czasami w podmokłym gruncie piwnicy, pod nieustanną groźbą zdemaskowania będą ukrywani aż do wyzwolenia Dębicy przez wojska radzieckie. Grozy dodaje fakt, że w sąsiednim budynku znajdowała się przez cały ten czas siedziba dębickiego gestapo. Na dodatek po dziewięciu miesiącach gestapo zarekwirowało doktorowi garaż na swoje własne potrzeby i w ten sposób ograniczyło mu pole manewru w przemieszczaniu zbiegów. Oczywistym jest, że doktorostwo sami nie byli z stanie udźwignąć kosztów utrzymania tak licznej grupy. Niemniej jednak nigdy nie wzięli ani nie zażądali od uciekinierów pieniędzy. Wszystko, co dla nich robili, czynili z potrzeby serca.

Na szczęście cichcem wspomagali ich działacze powiatowej Rady Głównej Opiekuńczej z księżną Heleną Jabłonowską i dyrektorem Franciszkiem Sadowskim na czele. Przez cały czas Aleksander i Leokadia Mikołajkowowie pomagali również ocalałym żydowskim dzieciom umieszczając je w polskich sierocińcach. Byli też zaangażowani w działalność konspiracyjną. Kiedy wojska radzieckie wyzwalały Dębicę spod okupacji hitlerowskiej trwała akcja „Burza”. Jej apogeum na naszym terenie stanowiła bitwa żołnierzy Armii Krajowej z Niemcami na polanie Kałużówka. Podczas tych walk małżonkowie udali się z pomocą medyczną w ten rejon.

Paradoksem historii niech będzie fakt, że dzień ocalenia dla 13-osobowej rodziny Reichów, był dniem śmierci ich dobroczyńcy. Ciało doktora Aleksandra Mikołajkowa znalazł podobno jego syn Leszek, a następnie żona Leokadia. Do dzisiaj nie można faktycznie ustalić od czyjego pocisku zginął: radzieckiego czy niemieckiego. Pamiętać należy, że wówczas wszyscy strzelali do wszystkiego, co się ruszało. Doktor został pochowany na Starym Cmentarzu w Dębicy. Na grobowcu umieszczono napis: „Żył i zginął służąc bliźnim”.

Najpiękniejsze epitafium zamieścił uratowany przez niego młody Efraim Reich na łamach „New York Post” w 1960 r.: „Każdego roku w dniu jego śmierci myślę o nim. Wierzę w życie pozagrobowe. Myślę, że jest tam jednym z wielkich. Świat musi w końcu stać się dobry, jeżeli są na nim tacy ludzie jak on”.

Wdowa po wojnie musiała sobie radzić sama, a życie nie szczędziło jej upokorzeń. Największe musiała znieść od władz amerykańskich, które mimo zaproszenia wystosowanego przez nowojorskich Żydów odrzuciły jej wniosek wizowy. Te same władze w międzyczasie chętnie przyjmowały u siebie ex-nazistowskich specjalistów. Kiedy w końcu dotarła - po licznych interwencjach - do Ameryki, tam spotkała się z najwyższym hołdem, jaki można było złożyć tej wspaniałej kobiecie. Witający ją Żydzi wstrzymali ruch uliczny, wsadzili do kabrioletu i ręcznie, za pomocą pasów przeciągnęli wzdłuż głównej ulicy wśród wiwatujących ludzi. W Izraelu również nie zapomniano o tym bohaterskim małżeństwie. Parlament tamtejszy uhonorował ją oraz pośmiertnie jej małżonka najwyższym odznaczeniem dla cudzoziemców „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Ich drzewka posadzono w parku przy instytucie Yad Vashem.

Młody Efraim Reich podczas piekła okupacji przeszedł duchową metamorfozę. Z młodego, niefrasobliwego chłopca stał się głęboko wierzącym człowiekiem. W Nowym Jorku został rabinem, ale później wyjechał do Izraela, gdzie mieszka i naucza do dzisiaj.

Dnia 31 stycznia 2006 r. podczas XXXV sesji Rada Miasta Dębicy przychyliła się do wniosku Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Dębickiej i nadała dla skweru między: Placem Kazimierza Wielkiego, ul. Rzeszowską, Potokiem Gawrzyłowskim (dawnym Dębickim) i Placem Solidarności imię małżeństwa Aleksandra i Leokadii Mikołajkowów. To wspaniała wiadomość, która uchroni tych znakomitych ludzi od zapomnienia wśród Dębiczan. Tym bardziej, że ten historyczny budynek w którym opisana powyżej historia miała miejsce został ostatnio przeznaczony do rozbiórki, a znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie wspomnianego skweru. Oczywiście należy rozumieć potrzeby komunikacyjne mieszkańców naszego miasta, ale należy pamiętać, że ongiś dla celów komunikacyjnych zburzono mury Krakowa i do dzisiaj potomkowie tamtejszych rajców plują sobie w brody, kiedy zagraniczni turyści (Polacy nie są tacy naiwni) pytają, jaki najeźdźca spowodował takie spustoszenie w krakowskim dziedzictwie kulturalnym. Może tańszym kosztem [trzeba pamiętać o mieszkaniach dla wszystkich zameldowanych tam osób] byłoby przesunięcie na nowe fundamenty o około pięć-sześć metrów? Uratowano by w ten sposób budynek, który z pewnością nie jest wielkim zabytkiem architektury, chociaż zbliża się do setki lat istnienia, lecz ciągle istniejącym pomnikiem tragicznej historii XX wieku. Przy odpowiedniej promocji może się on stać ogólnoświatowym symbolem naszego miasta i ofiarności jego mieszkańców. Już w tej chwili dla obcokrajowców z USA i Izraela jest najlepiej rozpoznawalną budowlą Dębicy.

Jeśliby jednak wolą mieszkańców, bo przecież radni ich reprezentują, należałoby go zlikwidować, to powinno się w tym miejscu umieścić pamiątkową tablicę ze stosownym opisem tych dramatycznych zdarzeń.

Pamięć o takich ludziach jak Aleksander i Leokadia Mikołajkowowie powinna być zachowana na wieki. To dzięki takim ludziom jak oni możemy z godnością mówić o dobroci i człowieczeństwie kolejnym pokoleniom. I za to jesteśmy im wdzięczni.

Jacek Dymitrowski (TPZD)

Tekst ukazał się w „Obserwatorze Lokalnym” 11 lutego 2006 roku

Administrator dołożył wszelkich możliwych starań, aby prezentowane treści były prawdziwe i aktualne oraz nie naruszały praw osób trzecich,w tym praw autorskich, jednak nie może tego zagwarantować. Dlatego błędne informacje na stronie internetowej nie mogą być podstawą roszczeń. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości prosimy o kontakt na adres: sztetl@polin.pl

Galeria