Rudolf Reder, wspomnienia

Polska / lubelskie / Bełżec

opis

Rudolf Reder

„Po pewnym czasie znałem już dobrze cały teren. Położony był wśród młodego lasu. Zalesienie było gęste i ażeby jeszcze zmniejszyć przedostawanie się światła — przywiązywano do drzew inne drzewa i w ten sposób podwajano gęstość zalesienia ponad miejscem gdzie były komory. Za nimi piaszczysta droga, którą wlokło się trupy. Niemcy rozpięli nad nią dach, zrobiony z gładkiego drutu, na którym rozłożono zieleń. Chodziło o zabezpieczenie terenu przed obserwowaniem z samolotów.

Ta część obozu pod dachem z liści była przyciemniona. Od bramy wchodziło się na ogromny dziedziniec. Na dziedzińcu stał duży barak, w którym golono włosy kobietom. Obok baraku było małe podwórko, ogrodzone parkanem zbitym ściśle z desek bez najmniejszej szpary, na trzy metry wysokim. Parkan ten zrobiony z szarych desek, prowadził aż do samej komory. W ten sposób nikt nie widział co się poza płotem dzieje. Budynek, w którym się mieściły komory był niewysoki, długi i szeroki, z szarego betonu, miał płaski dach kryty papą, a nad nim jeszcze jeden dach z siatki, pokryty zielenią. Z podwórka prowadziły do niego trzy schodki, szerokie na jeden metr, bez poręczy. Z frontu budynku umieszczony był duży wazon z różnokolorowymi kwiatami. Na ścianie wypisano czytelnie i wyraźnie: „Bade und Inhalationsraume”. Schodkami wchodziło się do ciemnego korytarza, szerokiego na półtora metra, za to bardzo długiego. Był całkiem pusty, cztery betonowe ściany. Z korytarza prowadziły z lewej i prawej strony drzwi do komór. Drzwi, zrobione z drzewa, szerokie na metr, rozsuwały się za pomocą drewnianego chwytu. Komory były zupełnie ciemne, bez okien i całkiem puste. W każdej komorze widoczny był okrągły otwór, wielkości kontaktu elektrycznego. Ściany i podłogi komory były z betonu. Korytarz i komory były niższe niż normalne pokoje, miały nie więcej niż dwa metry wysokości. Na przeciwległej ścianie każdej komory były drzwi również do przesuwania, szerokie na dwa metry, którymi po uduszeniu wyrzucano zwłoki ludzi. Z zewnątrz budynku była niewielka przybudówka, miała może dwa metry na dwa, w której znajdowała się "maszyna", motor pędzony benzyną. Komory były półtora metra powyżej ziemi, rampa u drzwi na równym poziomie z komorą, z której wyrzucano trupy na ziemię.
W obozie znajdowały się dwa baraki dla załogi śmierci, jeden dla robotników ogólnych, drugi dla tak zwanych fachowców. Każdy barak mieścił dwustu pięćdziesięciu robotników. Prycze były dwupiętrowe. Oba baraki były takie same. Prycze były to gołe deski i mała skośna deska pod głowę. Niedaleko baraków były kuchnie, dalej magazyn, administracja, pralnia, szwalnia, w końcu eleganckie baraki dla askarów. Z jednej i drugiej strony budynku z komorami gazowymi były pełne lub puste groby. Widziałem cały szereg grobów już pełnych i zasypanych wysoko piaskiem. Po jakimś czasie dopiero opadały do niższego poziomu. Zawsze musiał być jeden pusty grób rezerwowy”.

Z każdym transportem działo się to samo, co z moim. Kazano się rozebrać, rzeczy zostawiano na dziedzińcu, zawsze przemawiał obłudnie Irrman i zawsze to samo „Ihr gehts jetzt baden, nachher werdet ihr zur Arbeit geschickt”. Zawsze ludzie cieszyli się w tej chwili, widziałem tę samą iskrę nadziei w oczach ludzi. Nadzieję, że idą do pracy. Ale chwilkę potem odrywano maleństwa od matek, starców i chorych rzucano na nosze, mężczyzn i małe dziewczynki zapędzano kolbami dalej i dalej na ścieżkę oparkanioną wprost do komory, a nagie kobiety skierowano równie brutalnie do drugiego baraku, gdzie golono im włosy. Wiedziałem dokładnie, w której to chwili pojęli to wszystko, co ich czeka i strach, rozpacz, krzyki i straszne jęki, mieszały się z tonami orkiestry.

Mężczyźni pierwsi spędzeni bagnetami, pokłuci biegli do komór gazowych. 750 osób odliczali askarzy do każdej komory. Toteż zanim napełnili wszystkie sześć komór, ludzie w pierwszej komorze męczyli się już dwie godziny. Dopiero gdy wszystkie sześć były zapchane ludźmi tak ciasno, że z trudnością drzwi zamknięto, puszczano maszynę w ruch. Maszyna była duża półtora metra na metr; był to motor i koła. Motor warczał w większych odstępach czasu, szedł dość szybko, tak szybko, że nie można było rozpoznać szprych w kołach. Maszyna szła na zegarku dwadzieścia minut. Po dwudziestu minutach wyłączano ją. Od razu otwierano drzwi komór od strony zewnętrznej, które prowadziły na rampę i wyrzucano na ziemię trupy, z których powstawał olbrzymi, na kilka metrów kopiec zwłok. Askarzy przy otwieraniu drzwi nie zachowywali żadnej ostrożności, nie czuliśmy żadnego zapachu, nie widziałem nigdy żadnych balonów z gazem, ani żadnych domieszek, które by wsypywano – widziałem tylko kanistry benzyny. Benzyny zużywano dziennie około osiemdziesięciu do stu litrów. Przy maszynie zajęci byli dwaj askarzy. Ale kiedy raz zepsuła się maszyna zawołano i mnie, ponieważ nazywano mnie „der Ofenkunstler”; obejrzałem ją i widziałem rurki szklane, które łączyły się z rurami prowadzonymi do każdej komory.

Byliśmy zdania, że maszyna albo wytwarzała wysokie ciśnienie, albo powodowała próżnię, albo benzyna produkowała tlenek węgla, który zabijał ludzi. Wołanie o pomoc, krzyki, rozpaczliwe jęki zamkniętych i duszonych w komorach, trwały dziesięć do piętnastu minut, przeraźliwie głośno, później jęki stawały się cichsze, w końcu wszystko ucichło. Słyszałem rozpaczliwe krzyki i wołania w różnych językach, bo nie tylko byli sami polscy Żydzi, były też transporty Żydów obcych.

Wśród obcych transportów najwięcej było Żydów francuskich, byli też holenderscy, greccy, nawet norwescy. Nie pamiętam transportu Żydów niemieckich. Byli natomiast Żydzi czescy. Największym świętem zbirów była wizyta Himmlera. Było to w połowie października. Od samego rana widzieliśmy, jak krzątają się tajemniczo gestapowscy zbrodniarze.

W tym dniu cała procedura wymordowania tysięcy ludzi trwała krócej, wszystko odbywało się bardzo szybko. Irrman zapowiadał: „Es kommt eine hohere Person, muss Ordnung sein”. Nie mówili kto, ale wszyscy wiedzieli, bo askarzy szeptali o tym miedzy sobą. Około trzeciej po południu przyjechał Himmler z generał majorem Katzmanem, głównym mordercą Lwowa i dystryktu, z adiutantem i dziesięcioma gestapowcami. Irrman i inni zaprowadzili gości do komór, skąd właśnie wypadały trupy i skąd wyrzucano je na miejsce, gdzie rósł okropny kopiec ciał młodych i całkiem malutkich, dziecinnych, więźniowie wlekli trupy. Himmler patrzył pół godziny i odjechał, widziałem radość i podniosły nastrój gestapowców, widziałem jak bardzo byli zadowoleni, jak się śmiali.”

Źródło: Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma, Relacje. Zeznania ocalałych Żydów, sygn. 301/594.